O. WENANTY
Czas wieloletniego oczekiwania i mozolnej pracy przygotowującej do kapłaństwa został uwieńczony święceniami kapłańskimi, które o. Wenanty Katarzyniec otrzymał 2 czerwca 1914 r. z rąk bpa Anatola Nowaka przed ołtarzem Matki Bożej Smętnej Dobrodziejki w Krakowie. Rozpoczął się dla niego okres życia, który zaowocował w pracy duszpasterskiej i formacyjnej.
Naśladując w życiu zakonnym i kapłańskim Chrystusa ubogiego i cierpiącego, realizował ideał franciszkański postawy minoritas - brata mniejszego. Ubogi, umartwiony, skromny, pokorny, nie oszczędzający się w pracy realizował ideał zakonny, do którego przez tak długi czas się przygotowywał w czasie zakonnej formacji, a który miał swój finał, gdy umierał jako młody zakonnik na łożu boleści.
Początki pracy kapłańskiej
O. Wenanty swoją pierwszą Mszę Prymicyjną odprawił przy tym samym ołtarzu, przy którym poprzedniego dnia otrzymał święcenia. W ten sposób wszedł w swoje kapłaństwo przez Maryję, Matkę kapłanów i Jej oddał się całym sercem. Jako mandukator posługiwał mu o. Czesław Kellar, jego dawny profesor, wychowawca i stały spowiednik. W ten sposób przy sprawowaniu Ofiary Chrystusa spotkało się dwóch świątobliwych kapłanów, mistrz i uczeń.
Pierwszą próbę ogniową młody kapłan przeżył podczas pobytu w rodzinnej miejscowości, do której się udał, aby odprawić Mszę Prymicyjną. W tym czasie wybuchła I wojna światowa i front wojenny przesuwał się przez Obydów. O. Katarzyniec wykazując nadzwyczajne opanowanie i pokój ducha starał się zaradzić powszechnej panice i skupić ludność rodzinnej miejscowości wokół kaplicy, gdzie nieustannie spowiadał i rozdawał Komunię Świętą. W ten sposób mieszkańcy napełnieni odwagą i zaopatrzeni świętymi sakramentami szczęśliwie przetrwali napad kozackiej armii.

Bardzo pochlebne świadectwo, które doskonale charakteryzowało jego postawę wystawił mu jego gwardian o. Karol Olbrycht przedstawiając go jako kapłana pracowitego, zrównoważonego, na każdym kroku zdradzającego wielką świątobliwość. . Jego przełożony charakteryzował go jako człowieka, który nigdy nie był przygnębiony, pochmurny, ale który też nie wybuchał wesołością, nigdy się nie gniewał, niczym się nie zrażał, lecz zawsze towarzyszyła mu pogoda umysłu i umiarkowanie, "w sposób właściwy duszom ściślej z Bogiem zjednoczonym".
O. Katarzyniec odznaczał się wielką pobożnością Eucharystyczną, która wyrażała się w długich chwilach spędzanych na adoracji Najświętszego Sakramentu. Także brewiarz odmawiał najczęściej przed tabernakulum. Parafianie wielokrotnie widzieli go odprawiającego Drogę Krzyżową, zaś służba na plebani zastawała go częstokroć modlącego się na kolanach przed Ukrzyżowanym.
O. Wenanty bardzo szybko zasłynął w parafii Czyszki jako spowiednik i kierownik duchowy. Zbliżenie między nim a parafianami nastąpiło właśnie w konfesjonale, w którym pełnił posługę przez wiele godzin, często bez względu na zimno, które mu dotkliwie dokuczało. Był zawsze cierpliwy, wyrozumiały, mający czas dla wszystkich. Poprzez spowiedź kształtował i odmieniał życie penitentów wprowadzał wiele pobożnych praktyk, a szczególnie propagował częstą Komunię św. . Również wielką gorliwością odznaczał się w czasie wizyt u chorych, do których spieszył na każde wezwanie, bez względu na odległość i warunki pogodowe, czy szalejące wówczas epidemie.
Podobnymi przymiotami odznaczał się również na innych polach duszpasterstwa. Jako katecheta potrafił opanować rozkrzyczaną grupę dzieci, które darzyły go zaufaniem i posłuchem. W nauczaniu okazał się wspaniałym pedagogiem, wykładając prawdy katechizmowe w sposób prosty i przystępny, obrazując porównaniami i przykładami zrozumiałymi dla wszystkich.
Najliczniejsze pochwały i powszechne uznanie zyskał sobie o. Wenanty przez swoje kazania. Były one dobrze skomponowane i pomimo tego, że nieraz poruszały trudne tematy były zrozumiałe dla wiernych. Treść miały prostą, jasną i głęboko wnikającą w duszę. W czasie zawieruchy wojennej swoją mową umacniał, podnosił na duchu i pocieszał. Mówił o wierze i nadziei, o potrzebie modlitwy, o cnotach i pokusach, o wielkości Boga.
O. Wenanty - formator młodych zakonników
Pobyt o. Wenantego w Czyszkach nie trwał długo. Pomimo młodego wieku, obdarzony przez prowincjała ogromnym zaufaniem został wybrany na magistra nowicjatu. Po otrzymaniu woli przełożonych natychmiast, bez rozgłosu udał się do Lwowa, aby pełnić powierzone mu obowiązki.
Od samego początku wytworzyła się pełna zaufania więź między nim a nowicjuszami. Alfons Kolbe, pierwszy biograf o. Wenantego, a także ówczesny jego nowicjusz w relacji podkreślał: "Tak serdecznie i po bratersku do nas przemówił, że każdy chyba ze słuchających przylgnął do niego zupełnie (...) tejże chwili. Więc postanowiliśmy odpowiedzieć temu niezasłużonemu zaufaniu".
Swoją posługę w nowicjacie o Katarzyniec zaczął bardzo pracowicie i stanowczo, od ustalenia regulaminu, programu dnia i wyznaczenia obowiązków. Musiał także samodzielnie przeprowadzić ośmiodniowe rekolekcje. Wymagało to od niego dużego nakładu pracy, jak również ogromnego urobienia wewnętrznego, gdyż z braku odpowiednich materiałów czerpał z własnych notatek i doświadczenia.
Młodym nowicjuszom w czasie formacji przedstawił obraz życia zakonnego. Ukazywał do jako szczególną służbę Bogu, która jest źródłem osobistego szczęścia, pomimo wszelkich trudności jakie stoją na drodze powołania. Mocny nacisk, zauważył o. Alfons, kładł na odpowiednie wychowanie zakonne: "Bardzo gruntownie przerabiał z nami zasady życia zakonnego, a więc czynniki, które składają się na to by dany zakonnik był naprawdę dobrym zakonnikiem, a nie tyko z habitu i imienia".
Ciągle akcentował Regułę jako drogę doskonałości do Boga, którą każdy dobrowolnie przyjmuje. Główne zasady dla reguły franciszkańskiej, jakie w swoim życiu wyznawał, i które wiernie przekazywał młodszym braciom można ująć w następujących punktach: duch gorliwości, ubóstwa, pokory, pokuty i miłości braterskiej. W tych też punktach streszczała się cała jego praca wychowawcza w nowicjacie.
Zwracał uwagę na potrzebę i praktykę modlitwy. Oprócz modlitw wspólnych, które praktykował według wskazań zakonnej tradycji wysoko cenił modlitwę prywatną, w której zachęcał nowicjuszy do kultu Najświętszej Maryi Panny, a szczególnie zalecał adorację i nabożeństwa do Najświętszego Sakramentu, w których dopatrywał się ścisłego związku ze świętością zakonną.
O. Magister zachęcał podopiecznych do częstej modlitwy przed tabernakulum, szczególnie do pobożnego uczestnictwa we Mszy św., do codziennej Komunii św. i jeszcze częstszej komunii duchowej. Zachęty te popierał własnym życiem, przez co stawały się one bardziej czytelne i autentyczne w naśladowaniu. Nowicjuszy budował i pociągał przykładem.
Bardzo surowo przestrzegał zakonnego ubóstwa i wychodząc od wzoru zakonodawcy pragnął go wprowadzać wśród braci, aby był zachętą i przykładem do naśladowania : "W celi nie miał nic coby tchnęło choć lekką próżnością lub zamiłowaniem wygody. Buty miał zawsze ciężkie z cholewami i w ogóle jaki strój zakonny dostał podczas obłóczyn, taki zawsze nosił. Nic nie zmieniał swoją wolą" . Wskazywał na św. Franciszka, który ubóstwo bardzo umiłował, nazywając je swoją matką albo oblubienicą. O. Wenanty bardzo się dziwił, że nie wszyscy je pożądają całym sercem. Zadowalał się niewielką ilością pokarmu, aby jak najwięcej zostawić dla ubogich, którzy gromadzili się przy klasztornej furcie. Umartwienie i praktyki pokutne, które jako kleryk wprowadził w życie, stosował z jednakową wiernością jako magister nowicjatu . Za najwyższy stopień wyrzeczenia uważał o. Wenanty umartwienie wewnętrzne odnoszące się do własnego rozumu i woli. Najwięcej bowiem trudności w życiu duchowym powoduje według niego miłość własna, od której nikt nie jest wolny, i która przenika całą duszę i wszystkie jej czynności. Jako jej antidotum widział "posłuszeństwo, które wprowadza zupełny spokój do duszy, zamyka drogę do grzechu i cieszy się ustawicznym błogosławieństwem Boga".
Jak seraficki ojciec św. Franciszek, o. Wenanty zakochał się w Ukrzyżowanym . Długie godziny spędzał adorując Chrystusa utajonego w Najświętszym Sakramencie, często samotnie pośród nocy klęcząc bez oparcia z rękami skrzyżowanymi pod kapturem, rzewnie rozmodlony. Podobna pobożność i skupienie rysowało się na jego twarzy, gdy odprawiał Mszę św. Czynił to bez pośpiechu, skrupulatnie według przepisów i pobożnie.
W wychowaniu braci był bardzo dokładny, sumienny i wymagający, a nawet w wysokim stopniu surowy. Równocześnie podopiecznych otaczał serdeczną miłością, która z wielką gorliwością i zaufaniem była odwzajemniana. Miłość i szacunek wprowadzał jako fundament wzajemnych stosunków we wspólnocie. Miłość wzajemną w klasztorze określał jako znamię doskonałego życia zakonnego: "Duch miłości braterskiej jest oznaką ducha Reguły serafickiej" .
Podejmował również liczne obowiązki z których się wzorowo wywiązywał. Odnotował to prowincjał o. Marian Sobolewski: "Klerycy, nowicjusze i profesi są wychowywani wzorowo, jak również i bracia zarówno nowicjusze jak i profesi".

Cierpienie przyjmował o Katarzyniec z pogodą ducha i myślał raczej o niebie niż o śmierci. Rozkazy przełożonych, które zakazywały mu spełniania licznych obowiązków, czy też dotyczyły wyjazdów na leczenie spełniał z pokorą. Nie pragnął dla siebie specjalnej opieki, ani środków medycznych, nie chciał nawet mleka, uważając, że to marnotrawstwo. Dokuczała mu samotność : "Zawsze lepiej jest w konwencie z innymi Braćmi. Ja sam na sobie to odczuwam w Hanaczowie".
Stan jego zdrowia wciąż się pogarszał, jednakże o. Wenanty przyjmował chorobę spokojnie jako wolę Bożą. Osoby, które się o niego martwiły pocieszał słowami: "Nie smuć się bardzo i nie płacz. Widocznie taka jest wola Jezusa (...). I dla mnie krzyżem jest chorowanie i to, żem oderwany jest od ulubionej pracy - ale cóż, jeśli Bogu tak się podoba, niech tak będzie!" To ciągłe zgadzanie się z wolą Bożą dawało mu spokój, a nawet radość. "Twarz jego pomimo cierpienia była zawsze anielsko uśmiechnięta, (...) gdy bywałem przy nim lubiał rozmawiać przeważnie o rzeczach Boskich. Prosił nieraz bym mu coś duchowego przeczytał. Często przypominał, by mu przyniesiono Komunię św." Wszystkich, którzy podziwiali jego ogromną cierpliwość, pokorę i łagodność, budował swoimi cnotami. Nie mogło być inaczej skoro pomocą tego sługi Bożego w przezwyciężaniu choroby była miłość do Boga, w której widział jedyne i prawdziwe szczęście.
Śmierć przyszła niespodziewanie i cicho, jak ciche było jego życie. Odszedł po wieczną nagrodę do Boga wieczorem 31 marca 1921 roku .

